środa, 26 listopada 2014

Wokół Marszu Niepodległości

Wiem, temat sprzed kilku tygodni, ale mnie wciąż kilka rzeczy chodzi po głowie. O obchodach 11. listopada w Warszawie słyszała chyba cała Polska. I znowu zamiast "normalnych" obchodów Święta Niepodległości, wszędzie głośno było przede wszystkim o Marszu.

Już 2. rok z rzędu miałam okazję dzień 11. listopada spędzić w Warszawie. W zeszłym roku miałam też wątpliwą przyjemność jazdy pociągiem na trasie Warszawa-Bydgoszcz tego dnia w godzinach wieczornych. Wspomnienia bardzo niemiłe, hołota straszna, cały wagon grzmiał chamskimi, wulgarnymi przyśpiewkami dobiegającymi z kilku sąsiednich przedziałów. Mój chłopak, odprowadziwszy mnie na dworzec, wracał do domu w podobnej atmosferze. Po rozmowach ze znajomymi stwierdziłam, że, podobnie jak ja, większość z nich tego dnia poruszała się tego dnia po centrum Warszawy z dużym niepokojem i ogromną dozą psychicznego dyskomfortu. Pozwolę sobie także przytoczyć relacje pracowników lokali znajdujących się przy trasie ubiegłorocznego Marszu, którzy mimowolnie znaleźli się w samym centrum wydarzenia. Było bardzo głośno przede wszystkim o akcji pod rosyjską ambasadą, podpaleniu samochodu TVNu oraz o spaleniu tęczy, a także o kilkunastu zniszczonych prywatnych samochodach. Oczywiście później nastąpiło przerzucanie się odpowiedzialnością finansową za szkody. Wyłożyło w większości miasto, organizator czy (w przypadku samochodu TVNu) sami sprawcy mieli zwrócić koszty, ale na to raczej nie można liczyć. Wszystko to przyczyniło się do tego, jak później pisali o nas na zagranicznych portalach. Pomijając już fakt, że cały ten szum medialny odwrócił uwagę odbiorców od wielu niemniej ważnych spraw.

W tym roku znajdowałam się dalej od centrum imprezy (choć również w Warszawie), a jej przebieg śledziłam za pomocą relacji na żywo z telewizji i portali internetowych. Ze względu na zoptymalizowaną trasę Marszu w tym roku mniej dał się on we znaki mieszkańcom miasta, ale to chyba mój jedyny komplement dla organizatorów. I pomimo, że czytam, iż Marsz był spokojniejszy, niż w zeszłym roku, to statystyki mówią zupełnie co innego. Z zeszłorocznych newsów możemy dowiedzieć się o 19 osobach rannych (w tym 12 policjantach), w tym roku natomiast ta liczba wyniosła 75, w tym 51 policjantów. Teoria ta nie potwierdza się także, jeśli porównać ilość zatrzymanych - ok. 70 osób w roku ubiegłym i 276 osób zatrzymnanych podczas ostatniego Marszu. To jednak może być efekt sprawniejszego działania policji. Nie przekonują mnie także w najmniejszym stopniu tłumaczenia odnośnie tego, iż organizator nie  ma nic wspólnego z chuliganami i chce się od nich odciąć. Na oficjalnej stronie Marszu bez problemu znaleźć można dział pomocy prawnej dla osób zatrzymanych przez policję. Natomiast na facebookowym profilu został udostępniony taki oto post.

Ponadto, w internecie można natrafić na taki filmik. Ani jedna osoba nie zawahała się przed wpuszczeniem zamaskowanych osób biegnących naprzeciw maszerującym w ich szeregi - strażnicy podnoszą sznur, aby wpuścić ludzi w kominiarkach. Widać też wyraźnie, że sytuacja ma miejsce jeszcze po zachodniej stronie Wisły, wbrew twierdzeniu organizatora, że zamieszki zaczęły się dopiero przy Rondzie Waszyngtona, dopiero kiedy pojawiły się większe ilości policji. Sytuację pan Bosak tłumaczy tym, nie można wymagać od straży marszu, by biła się z chuliganami. Ja w takim razie nie oczekiwałabym, że taka straż zapewni maszerującym bezpieczeństwo. I dziwi mnie kontrast wypowiedzi, że straż marszu policji nie zastąpi i tej, że nie było potrzeby interwencji ze strony służb państwowych.

To czysty absurd, że w takim dniu nie można się czuć w stolicy bezpiecznie. Wstyd mi za takie Święto Niepodległości.

Znajomy opowiadał, jak o 2:00 w nocy 12. listopada czekał na autobus na Placu Zawiszy, a (sądząc po charakterystycznym ubiorze) narodowcy jak gdyby nigdy nic odpalali sobie petardę pod wiatą przystankową.

12. listopada około południa przejeżdżałam przez Rondo Waszyngtona, widać było jeszcze lekko osmolone wiaty przystankowe z dziurami po kostkach brukowych, powyginane barierki i ślady piasku w miejscach, gdzie z samego rana ktoś zdążył już wstawić nowe kostki brukowe w miejsce tych, które poleciały w stronę policji. I zaczęłam się zastanawiać, kto za to wszystko zapłaci?

Już nie wspomnę o tym, że ktoś zostawił całe centrum Warszawy, komunikację publiczną i trasę Marszu oklejone jakimiś tandetnymi wlepkami.

Dziwi mnie jedna rzecz: skoro nie ma problemu, żeby np. klub piłkarski obłożyć karą za zachowanie kibiców (czy się  do nich przyznaje, czy nie), to czemu organizator Marszu nie może ponieść odpowiedzialności za zniszczenia związane z jego imprezą? Może wtedy włożyłby więcej starań w to, żeby organizacja rzeczywiście przebiegała prawidłowo, a nie tylko spełniała formalne minimum. Tu aż się prosi o porównanie: jest inna impreza, kilkudniowa, która też wzbudza dużo kontrowersji, ale jest bezpieczna, a służby pilnujące tam porządku wzorowo współpracują z służbami publicznymi. Pomimo tego, że liczba uczestników idzie nie w dziesiątki, a wręcz w setki tysięcy. A profesjonalne szkolenia dla wolontariuszy organizowane są przez cały rok. Moim zdaniem, organizacyjny majstersztyk. Co więcej, nie ma tam podziałów politycznych ani kulturowych. Byliście kiedyś na Woodstocku?

Na koniec jeszcze garść statystyk.
Liczba uczestników Marszu wg szacunków z różnych źródeł:
Pan Krzysztof Bosak: ok. 100 tysięcy
Newsweek: ok. 40 tysięcy
Wirtualna Polska: ok. 30 tysięcy
Polskie Radio: ok. 30 tysięcy
Udział chuliganów w Marszu:
Pan Krzysztof Bosak: ok. 100 chuliganów (wywiad opublikowany 12.11.2014)
Newsweek: 220 osób zatrzymanych (opublikowane o godz. 21:45 11.11.2014)
Wirtualna Polska: 215 osób zatrzymanych (opublikowane o godz. 19:15 11.11.2014)
Polskie Radio: 276 osób zatrzymanych (artykuł z 11.11.2014)

wtorek, 25 listopada 2014

Targi Rzeczy Ładnych + spotkanie z Filipem Springerem

W miniony weekend (22.-23. listopada) odbyła się 4. już edycja Targów Rzeczy Ładnych. Impreza miała miejsce w biurowej części Placu Unii w Warszawie, a ja miałam okazję gościć na niej po raz pierwszy. I jak wrażenia? Mieszane.

Wszystko działo się na 2. piętrze budynku, poza przestrzenią handlową, co nieco utrudniało znalezienie wejścia na Targi, pomimo jakiegośtam oznakowania. Skoro plakat przy wejściu do budynku krzyczy: "II PIĘTRO", to skąd ktoś, komu bardzo spieszy się na wykład, który właśnie ma się rozpocząć, ma wiedzieć, że wejście na owe 2. piętro znajduje się na parterze? Później kolejka do wejścia, na pierwszy rzut oka masakryczna, ale wszystko szło elegancko i bardzo sprawnie. Cena wejściówki symboliczna - 5 zł, więc jak najbardziej przyjazna studenckiemu budżetowi. Przy wejściu dostałam folder z mapką - za to duży +, dzięki niej znacznie łatwiej było się odnaleźć w dość spontanicznie zagospodarowanej przestrzeni Targów. No i wreszcie na wykład, parę minut po czasie. Jak zawsze na spotkaniu z tym Panem - tłumy ogromne, ledwo można wejść do sali. Ale warto. W międzyczasie pan ze staffu proponuje mi i koleżance miejsce z przodu na podłodze, bo tam z tyłu zbyt tłoczno. Z chęcią skorzystałyśmy. Szkoda tylko, że ten miły dżentelmen nie uprzedził nas, że owa podłoga od jakichś zamierzchłych czasów nie widziała odkurzacza ani mopa. Wstałyśmy całe białe. Do teraz nie mogę doczyścić płaszcza. Ale - jak już mówiłam - warto było, bo oto przed nami siedzi Filip Springer we własnej osobie i opowiada. O polskiej przestrzeni, o nieładzie, o tym, że bez sensu, ładu i składu, a to, co było z sensem, to i tak zepsuliśmy, i dlaczego tak, a nie inaczej, przy okazji wtrącając co nieco o osiedlach mieszkaniowych w Warszawie. I o ludziach, co na działkach mieszkają, bo ich na kredyt nie stać, i o Hansenach i o tym, co im nie wyszło, i o Norwegii i o deweloperach norweskich, co z tymi polskimi nie mają nic wspólnego (a szkoda, bo powinni), i w ogóle same ciekawe rzeczy. Na widowni głównie ludzie w moim wieku, więc jest szansa, że jak się o takich rzeczach trochę nasłuchamy, to może kiedyś, jak już się na tych stołkach, "tam u góry", trochę pozmienia, i jak tam usiądą ludzie, co się takich wykładów trochę nasłuchali, to może wreszcie nasz kraj, taki piękny, przestanie być zbiorem ilustracji do "Wanny z kolumnadą". Bo fajnie się tak słucha, można ponarzekać, żeby sobie trochę ulżyć czasami, książkę też fajnie poczytać, i fajnie pielęgnować tę swoją wrażliwość estetyczną i społeczną, ale jak się dłużej nad tym zastanowić, to wcale już tak fajnie nie jest. Bo jak się zaczyna patrzeć na świat przez pryzmat "Wanny z kolumnadą", to trochę jest wstyd za tę naszą wspólną przestrzeń, co tak naprawdę w większości wcale wspólna nie jest, tylko albo prywatna, albo niczyja. A wniosek z wykładu? 82 versus 18. Osiemnaście marnych procent, które na razie mogą sobie tylko ponarzekać, bo przecież demokrację mamy, i te 18 i tak nie ma nic do gadania.

OK, wykład skończony, czas rozejrzeć się po Targach. Wszystko fajnie, dizajn jest, klimat nieco hipsterski, jak na Warszafkę przystało. Stoisko z polskimi plakatami z czasów PRLu zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Reszta już mniejsze. Pewnie, masa ładnych rzeczy, ale w większości takie pierdoły, bibeloty, na które popatrzeć miło, ale tylko by się kurzyło w domu, albo zupełnie niepraktyczne, albo ceny jak z kosmosu.  Przyszłam z planem zakupu nowej torebki, lecz tu z kolei wybór był naprawdę znikomy. Odniosłam wrażenie, że w całym tym wyrafinowanym designie zabrakło najbardziej prozaicznych przedmiotów. Ogólnie podobało mi się, było OK. Żałuję trochę, że nie poświęciłam więcej uwagi stoiskom z książkami. I jedna rzecz wydała mi się rażąca: w sekcji "eko" sprzedawali produkty ze skórą naturalną. Nie lubię, jak się próbuje z ludzi zrobić idiotów.

Szkoda trochę, że w kawiarni nie można było nic przekąsić. Po kilku rundkach między stoiskami wychodzę najpierw z Targów, a później z galerii, kierując kroki w stronę ulubionej Krowyrzywej (a może Krowarzyw? tego chyba nikt nie wie).

Targi Rzeczy Ładnych na Fb